Powojenne wskrzeszenie kółek zainteresowań, pojedynek na argumenty i dementorzyce też potrafią kochać
Wojna się skończyła, Marysia Zuzia pochowana tam pod jarem, gdzie w wojence padł(a) [ale białej róży kwiat jej nie wyrósł – wtrąca Druga Jaźń nie wiadomo już kogo – z tego co widziałam, to jakieś pokrzywy się tam rozpleniły], pasta do zębów sprzątnięta z podłogi przez dzielną ekipę kwikditcha za pomocą ich ukochanych mopów. Historia przeszła do historii, można kontynuować kółka zainteresowań w Wielkiej Sali.
Miłośnicy Harlequinów pod troskliwymi skrzydłami profesor McGonagall udali się na drugi koniec pomieszczenia, by kontemplować lekturę w ciszy nie zakłócanej dźwiękami dobiegającymi z gigantycznego gramofonu, do których tańczyli uczęszczający na zajęcia aerobiku u pani Hooch i Katie Martiny.
– I raz, dwa, trzy i cztery! – zawołała Katie, kręcąc bioderkami, których jeszcze nie miała. – Sza-ba-da, sza-ba-da! Ty i ja, myyyyy-deł-ko Fa!
Krótko mówiąc wszyscy byli zajęci i nie zauważali kompletnie nie tylko Regulusa, załamanego faktem, że nikt nie chciał zastosować rozwiązań pokojowych i obecnie wraz z Luckiem zaciągał się zielem (Lucek: – ja tak dla towarzystwa, żeby biedak nie był sam w swoim cierpieniu), ale też pewnego stadka półprzejrzystych istotek, które błąkały się po Hogwarcie i szukały jednego grzecznego, ułożonego, miłosiernego Gryfona. W końcu natrafiły na niego w jego własnej sypialni. Chłoptyś od razu zwrócił na nie uwagę, jako że był śmiertelnie znudzony, gdyż Syriusz po powrocie z parady równości jak zwykle kontemplował swoje paznokcie w uniesionym zapomnieniu o całym świecie, Remus i Peter jak zwykle wybyli rozrabiać, a nawet Evans była w chwili obecnej porwana przez alterego Vicky i jego alterega, więc nie mogła jak zwykle ścigać go po całym zamku i przyległościach.
– Jaaaaameeeees… – chlipnęły jednocześnie istotki, przypominające małe dziewczynki z kucykami, chudymi rączkami, małymi stópkami i długimi, pociągającymi noskami.
Ulizany Gryfonek spojrzał na nie z politowaniem, ale i nieufnością, gdyż dopiero co takie jak one i jeszcze trochę innych narobiło w Hogwarcie niezłego zamieszania.
– Kim jesteście i czego chcecie? – zapytał, starając się nie odstraszyć ich samym tonem swojego głosu.
– Jesteeeeeśmyyyyy twoiiiiimi fooooobiami, Jameeeees… – zakwiliły fobie i ustawiły się w szeregu, patrząc na niego błagalnie. – Prosiiiiimyyyyy… Przyjmij nas z pooooowroteeeem…
James westchnął. Nie miał serca odmówić takim słodkim, małym fobiom, które tak ładnie go prosiły… Pozwolił więc, by fobie wróciły do jego umysłu. Nie zauważył nawet, że pomiędzy nimi zaplątało się czyjeś zagubione, porzucone bezlitośnie sumienie. Gdy tylko owo sumienie rozgościło się w łepetynce Jamesika, przywitało się zaraz z jego wspomnieniami i zobaczyło, że w trakcie II Światowej Wojny o Hogwart (która trwała niecałe przedpołudnie, ale dobra) dżentelmen ów pozwolił, by na jego oczach upiorne alterega porwały niczemu niewinną (no może jednak…) nadobną damę, znaną lepiej jako Evans. I zaczęło gryźć nowego właściciela…
„Weź, nie bądź pedał… idź ją ratuj!” [nieznany głos w głowie Jamesa]
„Kto to gada?” [zdziwiony Potter]
„Ja” [wyczerpująca odpowiedź]
„Co za ‘ja’?” [lekkie zniecierpliwienie]
„Twoje sumienie…”
„Ale… ale ja nie mam sumienia… nie mam… o borze! Ja mam sumienie? Niebezpieczne to? Da się to leczyć?” [przerażenie]
„Weź się uspokój! Sumienie to nie choroba.” [zniecierpliwienie/politowanie]
„Na pewno? O mamuniu, a jak umrę? Umrę na SUMIENIE!?” [teraz już coś więcej niż przerażenie]
„Luzik. Przecież umierałeś już na katar, ból pięty i klajstrofobię [Do Nery: to nie literówka, tak ma być].
Najgorsze już za tobą, złotko…”
„Ale to nie to samo.” [urażony]
„Przez ciebie straciłom wątek… [sorki, ale nie mam pojęcia jak wyrazić rodzaj nijaki w pierwszej osobie liczby pojedynczej]
o czym to ja… aha, już pamiętam! Dałeś porwać Lily Evans!”
„A co tobie do tego? Nawet nie należysz do mnie…” [foch, foch, foch!]
„To bez znaczenia! Nic cię nie obchodzi jej los? Przecież jej na tobie zależy… zrozum…” [argumenty]
„Ej, sumienie, odwal się od Jamesa, co?” [drugi nieznany głos. Ostro]
„A ty kto?” [zdezorientowanie i przestrach]
„Zły Duch. Szedłem sobie kogoś opętać i natknąłem się na was…” [obojętnie]
„Nie słuchaj go, James! On ciebie zniszczy!” [przerażenie, przymus natychmiastowej reakcji]
„Z-z-zni-zniszczy?” [zaczyna się trząść]
„Ja? Ja?” [święte oburzenie]
„Tak, ty! James, musisz ratować Lily!” [zmiana tematu]
„Chrzań tę całą Lily!” [rzucone obojętnie, ale w konkretnym celu]
„Kogo posłuchać???” [niezdecydowanie]
„Ratuj ją!” [rozkaz]
„Chrzań ją!” [tonem dobrej wróżki spod numeru 0 700…]
„RATUJ!” [popluty, posmarkany, popłakany]
„CHRZAŃ!” [ostro, jakby ucięcie kwestii przeciwnika]
„Kogo wybrać?” [drapie się w głowę]
„Mnie wybierz, mnie!!!” [słodkie oczka]
„Wybierz to, co słuszne…” [surowo]
„Ale z testów wyboru to ja byłem najgorszy w klasie…” [zdanie poza kontekstem, użyte dla podkreślenia trudu podjęcia szybkiej decyzji]
„A kto ci w nich pomagał?” [podpowiedź, kryjąca niecną zmianę sposobu uderzenia]
„Lily…” [niepewnie, z przestrachem]
„A kto był głównym bohaterem twych koszmarów sennych?” [kontratak na sumienie]
„Lily.” [bardziej zdecydowanie]
„Kto cię kochał?”
„Lily…?” [niepewność co do sensu pytania, zgorszenie]
„Kto cię zamęczał?”
„Lily!” [twardo, zdecydowanie]
„Kto zawsze w ciebie wierzył?” [ze słyszalną pewnością swego]
„Mamusia?” [idiotyczny banan na twarzyczce]
I te de i te śme. Lepiej nie przytaczać dalszego ciągu tej rozmowy, ponieważ występują tam brzydkie słowa, a tę parodię czytuje moja dziewięcioletnia siostra. Toteż przejdźmy do innego wątku. A zatem (chyba nie powinno się tak zaczynać zdania, ale któż by się tam przejmował?) podczas gdy mesieu Potter angażował się całym sobą w powyższą porywającą dyskusję, przed kliniką SPA doszło do osobliwego incydentu. Z pozoru wszystko wyglądało tak, jak zwykle: po podwórku biegały kury, pies był przywiązany przy budzie, a wieśniaczka w chodaczkach obierała ziemniaki, szykując pomyje dla świń… Nie, no dobra, żartowałam. Pomyliło mi się, sorki, już to naprawiam. Otóż z pozoru wszystko wyglądało tak jak zwykle: do brzydkiego budynku wtarabaniały się setki milionów zaszczutych nastolatków… Nie, to też nie to… Zacznijmy jeszcze raz, z pozoru wszystko wyglądało tak jak zwykle: wokół sklepu stała trzykrotnie zawijana kolejka, jakiś gruby facet przeklinał, cztery kobieciny plotkowały o sąsiadach, milicjant się upierał, że on powinien wejść bez kolejki, dziewczynki w mundurkach z szarego ortalionu pokazywały sobie znaczki pocztowe… Kurde, znowu nie to! Miałam opisywać klinikę, nie PRL! Do trzech razy sztuka, więc zacznę jeszcze raz… Z pozoru wszystko wyglądało tak, jak zwykle: przeszklony budynek górował nad miastem, przy bramach stał straganik dwóch dementorów, a ich córcia mieszała spirytus z cytrynianem sodu i gumą arabską (patrz rozdział drugi), nie działo się nic ciekawego. Głupie świeczko słończyło z całej pety, głupie sraki ptakały jak nienormalne… i pośród tej sceny rodzajowej (malarstwo rodzajowe – kierunek ukazujący sceny z życia codziennego) niechcący znalazł się postman (pocztowy mężczyzna ;). Miał dwa metry wzrostu, długie, chude nogi, które zginał w bardzo ciekawy sposób, i za krótki post-uniform (pocztowy mundur). W swojej wielkiej post-bag (pocztowej torbie) miał bardzo dużo post-messages (pocztowych wiadomości) i niósł je swym post-habit (pocztowym zwyczajem) do wielu post-recepients (pocztowych odbiorców). Gdy mieszająca spirytus z cytrynianem sodu i gumą arabską Mażenka przez „ż” ujrzała pocztowego mężczyznę w za krótkim pocztowym mundurze z wielką pocztową torbą, w której miał pocztowe wiadomości i pocztowym zwyczajem niósł je do pocztowych odbiorców, dostała herzklekotów. Trzepocząc rzęsami, których nie miała, podbiegła do rzeczonego pocztmistrza i zagruchała jak otruty strychniną gołąbek.
– Zastałem może lorda Voldemorta? – spytał pocztmajster i sięgnął do swojej pocztowej torby.
– Przekazać coś? – spytała słodko nasza dementorka. Pocztowy mężczyzna nie spieszył się jednak z odpowiedzią. Zastanawiał się piętnaście minut w osobliwy pocztowy sposób (czyli z pocztowego na nasze: dostał zawiasa stulecia), a gdy się już zastanowił, rzekł do Mażenki przez „ż” w te słowa:
– Nieee… chcę rozmawiać z panem Voldemortem…
Zakochana dementorzyca wygląda zdecydowanie żałośniej niż ubogi artysta starający się wypromować na moście, dlatego pocztmistrz-pocztmajster ulitował się nad nią i wręczył jej kopertę przeznaczoną dla lordzia Voldzia.
– To polecony… jest pani… pełnoletnia? – Pocztowy mężczyzna obrzucił Mażenkę przez „ż” niepewnym spojrzeniem. Przecież ona może mieć lat osiemnaście, dziesięć, jak i osiemdziesiąt trzy… Nie znał się na rozpoznawaniu wieku u dementorów…
Nasza panna de Mentor (Zamierzone. Tak jak hrabina de Winter) nie zwróciła na to jednak uwagi. Wpatrywała się w pocztmistrza jak w obrazek, w środku cała drżąc z miłości. Pocztowy typek wzruszył ramionami i bez słowa poszedł roznosić pocztowe wiadomości do pocztowych odbiorców, by swym pocztowym zwyczajem wrócić później na pocztowy obiad do pocztowego domu. Mażenka przez „ż” darzyła maślanym spojrzeniem plecy pocztowego herosa, dopóki nie znikły jej z oczu, po czym westchnęła i wróciła do swojej lodziarni. Otworzyła kopertę nad parą z samowaru, a gdy po zbadaniu zawartości pisma urzędowego, wzywającego Voldzia do sądu rodzinnego, nie odnalazła tam nawet jednego ciepłego słówka adresowanego do niej przez pocztowego mężczyznę, zalepiła ją byle jak żelatyną, odniosła swemu panu i mistrzowi i przyjąwszy bez emocji do wiadomości jego załamanie na tle psychiczno-emocjonalnym wróciła do oddawania się tęsknotom duszy.
Za prośbą profesor McGonagall i Mażenki przez „ż” odcinek zakończony zostanie w stylu harlequinowym/ brazylijskoserialowym/ niepotrzebne skreślić słowami:
CIĄG DALSZY NASTĄPI.
***
Dokładamy wszelkich starań, aby Hogwart Na Opak był parodią najwyższej jakości. W związku z powyższym prosimy o niezwłoczne zgłaszanie w komentarzach wszystkich sytuacji, które wydadzą się za mało odbiegać od kanonu. Z góry dziękujemy.
Vampire & Nera
Rozdział dodany 4.12.2008 o 12:17:18
Powrót,
Komentuj
Czy to ty pisałaś/eś? Jeżeli tak to gratuluję! Po kilkaset razy! Papa
~ Rozśmieszona ~ 23.01.2009 o 20:15:18
| brak www
Ej, wiecie może, czy rzucili gdzieś papier toaletowy? *macha sznurkiem* Bo u nas się właśnie skończył, CISZA zeżarł... O kurde, muszę spasdać, milicja jedzie!
~ Vampire ~ 5.12.2008 o 22:15:28
| brak www
A kumam :P Ale to rzeczywiście żargon wtajemniczonych :P
A może... Bo w końcu były to czasy Peerelowi współczesne... (;
~ Nera ~ 4.12.2008 o 18:28:35
| brak www
Ej, wiecie, że teraz mówi się foch w lakierkach, albo foch z ostrogami :P? To pojmie nasza kochana Nera, prawda :P? Ach właśnie, lakierki i ostrogi przypominają mi Złego Ducha i Sumienie :) I aż zastanawiam się czyje były :P A ja miałam dziś na angolu o pocztpanie :P o, o! Ale nie miał takich fajnych rzeczy :)
O PRL robią panie, ciekawie :D
~ Vicky ~ 4.12.2008 o 18:23:42
| brak www